frania pralka fabryka

Frania wiecznie żywa

Losy państw coraz rzadziej ważą się na polach bitew, a nieustannie w osiedlowych sklepikach. Obieg pieniądza jest nierozerwalny z wywiązywaniem się państwa ze swoich obowiązków. Duże wpływy do budżetu pozwalają na ich redystrybucję do mieszkańców. Z jednej strony można tutaj wymieniać choćby programy społeczne, jak realizowane w tym roku, niewątpliwie potrzebne, programy wsparcia polskich rodzin. Z drugiej strony sprawnie działająca gospodarka zapewnia nam nieoczywiste korzyści. To możliwość obniżenia podatków, spłaty zagranicznego zadłużenia, większe zatrudnienie, zmniejszenie emigracji zarobkowej. O tym wszystkim przeważa prosta decyzja – które pudełko włożymy do sklepowego koszyka.

Znakomitym przykładem tak rozumianego patriotyzmu jest napisana pod egidą Klubu Jagiellońskiego aplikacja Pola, działająca w systemie Android, której algorytm pozwala „szacować” krajowość kupowanych rzeczy. Pola pozwala dowiedzieć się m.in. czy dany produkt jest produkowany w Polsce, czy spółka działa dzięki polskiemu kapitałowi, jest w kraju zarejestrowana, przynależy do zagranicznych koncernów. Cel działania programu, zainstalowanego dotąd na kilkuset tysiącach urządzeń, jest oczywisty. Kupując krajowe produkty decydujemy, komu zapewnimy miejsca pracy i zyski, natomiast wpływy z podatków mogą wrócić do nas i naszych sąsiadów, mimo że kapitał podobno nie ma narodowości. Co ciekawe, korzystając z Poli można się przekonać, jak bardzo mylące są rodzime nazwy produktów, również tych obecnych na rynku od dekad. Tajemnicą nie jest obecność obcego kapitału w mediach, branżach high-tech, przemyśle zbrojeniowym. Wywołać zaskoczenie może tymczasem pochodzenie noszących swojskie miana płynu do naczyń i proszku do prania. Nic nie poradzimy na brak krajowych marek samochodów, ale mamy wpływ na portfele lokalnych producentów. Wymierny wpływ. Liczony w złotówkach dla pojedynczej osoby, liczony w milionach dla tłumu kupujących. Brzmi nieskomplikowanie, ale to nie takie proste. Na nasze decyzje nie wpływa tylko biało-czerwona plakietka na pudełku; nie wszystko złoto, co ma w nazwie „kłobuckie” i „częstochowskie”. Porównujemy ceny, podświadomie wpływa na nas kolor nakrętki i twarz na plakacie, przyzwyczajenie i sentyment. Ale to nie sentyment pozwolił przetrwać do dzisiaj Frani.

Frania. Symbol czasów słusznie minionych. Pierwotnie jej popularność wynikała oczywiście z braku alternatywy na rynku, dzisiaj zyskuje nabywców z powodu zasady działania i niskich kosztów użytkowania. Prosta w konstrukcji pralka nie wymaga podłączenia bieżącej wody. Automat jest więc wygodniejszy w obsłudze, ale na działce, w każdym domku letniskowym czy innym miejscu, gdzie nie mamy dostępu do wody Frania okazuje się niezastąpiona. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku – powiedzmy – klęsk żywiołowych, co zapewne nie bez emocji skomentują np.mieszkańcy Koniecpola. Istotną zaletą Frani jest nieporównywalne z automatami zużycie wody i prądu, czyli krótko mówiąc niskie koszty prania. Wiele rodzin wciąż niestety oszczędzać musi również na tak prozaicznej czynności. Nie bez podstaw można też mówić o długowieczności Frani, w której nikt nie programuje czasu działania.

Co ciekawe, wiecznie żywa Frania powstaje niedaleko powiatu kłobuckiego. Po perturbacjach związanych z prawami do marki, dwa lata temu „Frania” stała się własnością myszkowskiej spółki Kalisto. W pewnym sensie wróciła do domu, bo w Myszkowie właśnie produkowano pralki wirnikowe, noszące jednak nazwę „Światowit”. Frania to urządzenie wytwarzane w Polsce i z polskich komponentów. Blaszany korpus powstaje w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych, gdzie nota bene pralki wirnikowe powstawały od lat 70. pod nazwą „Olkusz”. Silnik również konstruowany jest w kraju, w Wielkopolskiej Fabryce Silników Elektrycznych w Ostrzeszowie. Całość składana jest w Myszkowie. Za każdą z wyprodukowanych pralek stoją konkretni, mieszkający tutaj ludzie.

Przez lata Frania się zmieniała, ewoluowała, ale mimo tego i mimo faktycznego zapotrzebowania na rynku jej przetrwanie wcale nie było oczywiste. Jest to ledwie jeden z wielu przykładów marek, które mogły albo polskimi nie być, albo całkiem zniknąć. Wszystko zaczyna się bowiem od półki sklepowej, od prostego wyboru. Albo nasza gospodarka będzie silna, albo nie będzie nas wcale.

Krzysztof Rygalik

Komentowanie zostało wyłączone.