”Czuję radość, satysfakcję, ale i odpowiedzialność”

Jerzy Zakrzewski rządzi w Gminie Kłobuck od czterech lat. Przed nim kolejna kadencja w kłobuckim magistracie. Tak zdecydowało blisko 7 tysięcy mieszkańców, którzy ”wykręcili” 72-procentowe poparcie dla obecnego burmistrza. Ten wynik zrobił wrażenie na samym Zakrzewskim, który w rozmowie z Sebastianem Zielonką opowiada m.in. o swoich pierwszych powyborczych odczuciach, trudach tej kampanii oraz planach na ten najbliższy i bardziej odległy czas.

Sebastian Zielonka: Jak się czuje człowiek, który wygrywa wybory na burmistrza Kłobucka z ponad 70-procentowym poparciem? Tak duży wynik był zaskoczeniem, czy spodziewał się Pan aż takich ”fajerwerków”?
Jerzy Zakrzewski: Prawdę mówiąc na pewno się nie spodziewałem. Trudno oceniać samego siebie. Wszyscy wokół mówili, że ”będzie dobrze”. Nie wiadomo jednak nigdy czy takie słowa są prawdziwe, czy może są kurtuazją, podtrzymaniem na duchu. Liczyłem na to, że mogę wygrać w pierwszej turze, ale taki wynik pozytywnie mnie zaskoczył. Powiem szczerze, że mieszkańcy zrobili mi miłą niespodziankę. Chyba po prostu moja praca się obroniła.

Tak duże poparcie daje zapewne sporo radości, ale i odpowiedzialności wobec wyborców. Czuje Pan tę odpowiedzialność? Ludzie dali Panu ogromny kredyt zaufania.
Odpowiedzialność to jedno z pierwszych odczuć, które pojawiły się po tym zwycięstwie. Nadal czuję ogromną radość, satysfakcję, ale i odpowiedzialność. Mój pomysł na rozwój gminy i miasta spodobał się mieszkańcom. To, co zrobiłem do tej pory i co planuję zrobić, przypadło im do gustu, więc odpowiedzialność jest czymś naturalnym. Nie oszukujmy się, ci ludzie, którzy oddali na mnie głos mają swoje oczekiwania. Chcą kontynuacji, takiego prowadzenia gminy jak do tej pory, chcą bym wypełnił mój plan. Siłą rzeczy im większe poparcie, tym większa motywacja dla mnie. Tak do tego podchodzę, taki mam charakter. Myślę odwrotnie od tych, którzy mając wysokie słupki poparcia, odpuszczają, zwalniają i zaczynają odcinać kupony.

Było jasne, że po zmianie ordynacji wyborczej będzie o wiele trudniej uzyskać samodzielną większość w Radzie Miejskiej jednemu ugrupowaniu. Okazuje się, że metoda D’Hondta nie taka straszna dla Koalicji jak ją malowali. Co prawda większości oficjalnie jeszcze nie ma, ale wprowadziliście 10 radnych i brakuje Wam sojuszu z choćby jednym radnym, by samodzielnie rządzić przez najbliższe 5 lat. Spodziewał Pan się tak dobrego wyniku Koalicji Samorządowej?
Jakieś swoje pozytywne prognozy mieliśmy. Przypuszczałem, że jeśli mój wynik będzie dobry, to i wynik radnych, zwłaszcza że z naszych list startowały osoby, które już działały w ostatniej kadencji, czyli brałem pod uwagę, że jeśli ludzie docenią moją pracę, to również ich pracę. W końcu to oni mnie wspierali w tym, co robiłem i mieszkańcy musieli to także docenić. Liczyliśmy, że w granicach siedmiu, ośmiu mandatów powinniśmy zdobyć. Do rady dostało się dziesięciu radnych i to jest znów miła niespodzianka. Przy metodzie D’Hondta wystarczyło kilka głosów w jedną, czy drugą stronę i mogliśmy uzyskać jeden mandat mniej.
Od początku wiedziałem, że mamy fajną drużynę i ta drużyna powalczyła, popracowała w terenie. Mówię o każdym, kto kandydował z naszych list, a nie tylko tych, którzy się dostali do rady. Wszyscy zapracowali na sukces tych dziesięciu osób i oczywiście na mój wynik, za co należą się im słowa uznania. W jednomandatowych okręgach wyborczych jest jasne, że wygrywa jeden konkretny kandydat, który pracuje na siebie. Tutaj musiała zapracować cała lista, by dane osoby weszły do rady. Pamiętajmy, że nasz wynik do wspólny sukces.

W radzie pojawiło się sporo nowych twarzy. Według Pana te osoby mogą wnieść coś ciekawego do przyszłej kadencji?
Zawsze mogą wnieść coś interesującego. Wiele z tych osób znam, choć oczywiście nie wszystkich i trudno bym się wypowiedział o każdym. Jeśli chodzi o nowych radnych z Koalicji Samorządowej, to miałem okazję zobaczyć ich pracę w kampanii i jestem o nich spokojny. Co do osób, które weszły z innych ugrupowań to mój ”fanklub” jest nadal w radzie, więc to pokazuje, że trzeba będzie nadal ”cierpieć”. Oczywiście trochę żartuję z tym cierpieniem. Opozycja jest potrzebna, by człowiekowi nie odechciało się tak ciężko pracować. Wśród nowych radnych są też ludzie, z którymi współpracowałem, wiem co robią, jak działają i uważam, że jestem z nimi w stanie się porozumieć, bo myślimy podobnie.

Co było najtrudniejsze w tej kampanii?
Myślę, że najtrudniejsze było przyjmowanie niesprawiedliwych ocen dotyczących mojej działalności. Ukazała się jakaś broszurka, niepodpisana, mająca na celu zdyskredytowanie mojej działalności, mojego programu. Wrzucano ją do skrzynek pocztowych. Ludzie tego nie kupili, potrafią patrzeć i widzą, co się zmieniło w Kłobucku, w gminie i żadna broszura ich nie przekona do tego, że coś nie zostało zrobione. Mieszkańcy sami ocenili moją pracę. Tak na marginesie myślałem, że więcej klasy pokażą moi konkurenci, a raczej konkurent, bo ze strony pozostałych kandydatów nie było tak ostrej kampanii.

Które zwycięstwo smakuje lepiej? To sprzed 4 lat, gdy pokonał Pan urzędującego burmistrza, czy to dzisiejsze, gdy zapewnił Pan sobie zwycięstwo już w pierwszej turze, mając ogromną przewagę nad rywalami?
Oba są bardzo ważne. Pierwsze zwycięstwo nie było łatwe, gdyż bądź co bądź, ścierałem się z burmistrzem, który rządził w gminie przez 8 lat. Swoje atuty mogłem przedstawiać jako radny, dobry menadżer, czy działacz społeczny, a nie jako urzędujący włodarz.
Do tegorocznych wyborów podchodziłem z dużą pokorą. Byłem w podobnej sytuacji, w jakiej był Krzysztof Nowak 4 lata temu. Ktoś przecież mógł oceniać moją pracę gorzej. Ta ostatnia wygrana jest o tyle ważna, że dała odpowiedź na pytanie, czy mój sposób rządzenia w Gminie Kłobuck podoba się mieszkańcom. Tak jak wspomniałem, oba zwycięstwa są dla mnie ważne, ale podstawową różnicą pomiędzy nimi jest to, że 4 lata temu nic nie musiałem. Gdybym przegrał z ówczesnym burmistrzem, nic takiego by się nie stało. Po prostu przeżyłbym kampanijną przygodę, ludzie by to wszystko ocenili według własnego uznania i przeszedłbym do porządku dziennego. Moje życie by się nie zmieniło. Porażkę w tych wyborach na pewno przeżyłbym o wiele mocniej. Startowałem w końcu z pozycji urzędującego burmistrza, który chce kontynuować swoją pracę. Także to zwycięstwo jest o tyle dla mnie ważniejsze od tego poprzedniego, zwłaszcza że był moment, w którym wahałem się, czy startować. Podjąłem jednak to wyzwanie, a tak dobry wynik pokazał mi, że była to dobra decyzja. Ludzie docenili moją pracę, z czego się bardzo cieszę.

Po kampanii przyjdzie czas na chwilę odpoczynku? Jaki plan ma Jerzy Zakrzewski na najbliższe dni?
Najbliższe dni? Normalna praca, bo mamy sporo rozpoczętych inwestycji, a poza tym to czas konstruowania przyszłorocznego budżetu więc to nie jest dobry moment na odpoczynek, czy świętowanie.
Na pewno też w odpowiednim czasie przyda się kilkudniowy weekend, by móc ”zresetować się” psychicznie i fizycznie, po to, by trochę ”oczyścić głowę”. Oczywiście chcę spędzić ten czas w gronie najbliższych mi osób. Mojej rodzinie należy się odpoczynek od polityki i ode mnie jako burmistrza. W końcu w swoim życiu nie jestem tylko burmistrzem, ale również mężem i ojcem. Moja rodzina, moi przyjaciele mocno mnie wspierali w całej kampanii i należą się im za to wielkie podziękowania. Chciałem też bardzo podziękować wszystkim mieszkańcom, którzy mi zaufali. Zrobię wszystko by ich nie zawieść.

Sebastian Zielonka
Fot.: Krzysztof Świtalski