Mój jubileusz – dziesiąty raz na Nowych Horyzontach we Wrocławiu

To już XIX Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Dzięki niesamowitej pasji Romana Gutka impreza ta ewoluowała i zmieniała swoje siedziby. Wszystko zaczęło się w 2001 roku w Sanoku, potem w latach 2002-2005 był Cieszyn i od 2006 roku Wrocław.

Od początku śledziłem program Nowych Horyzontów, docierając do nieznanych mi wcześniej twórców kina artystycznego, takich jak Teo Angelopulos, Tsai Ming-Liang czy Bella Tarr. Za każdym razem uświadamiałem sobie jak mało wiem o tym, co dzieje się w światowej kinematografii, jak wiele arcydzieł zostało zapomnianych, jak wielu reżyserów nigdy nie dotarło do świadomości polskiego kinomana, którym byłem niemal od początku swojego życia – pierwsze seanse „Gwiezdnych wojen”, „Indiany Jonesa”, „ET” czy „Wejścia smoka” wyryły w mojej pamięci głębokie bruzdy, które mogę określić jako magiczną przestrzeń mojego dzieciństwa. Nikt, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie pojąć, czym było dla nas stanie w kilometrowych kolejkach, by w końcu wejść w inny wymiar sali kinowej i przeżywać tę baśniową ceremonię.

Gdy kończyłem liceum w 1989 roku otwarto w Częstochowie Ośrodek Kultury Filmowej. To tam zmieniały się moje horyzonty filmowe. Był to dla mnie prawdziwy filmowy uniwersytet – wspaniałe seanse klasyki filmowej: „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Amadeusz”, „Absolwent”, „Siódma pieczęć” Bergmana, „La Strada” Felliniego, surrealizm Bunuela. To była bardzo długa lista arcydzieł, ale taki był wtedy OKF. Z gazet filmowych dowiadywałem się o nazwiskach twórców spoza szacownego grona klasycznych reżyserów. Dopiero po nastaniu XXI-ego wieku i ery nowohoryzontowej zaistniała realna szansa, by dotrzeć do mniej znanych filmów i twórców.

Taki profil miał ten festiwal od początku – inny od wszystkich, uczący nas, domorosłych kinomanów, innych środków filmowej narracji, innego spojrzenia na kino. Kino kontemplacyjne, określane mianem slow-movie, zbliżało film w stronę misterium, gdzie dokonywała się autentyczna przemiana, sztuka stawała się aktem wręcz mistycznym, przekraczającym granice filmowego ekranu. Internet w XXI wieku stwarzał coraz lepsze możliwości poznania tych zjawisk, ale dla mnie jedynym miejscem, gdzie może dokonać się ofiara sztuki, pozostało kino. Od 2008 roku związałem się z portalem Filmaster i po raz pierwszy pojechałem na festiwal we Wrocławiu, zaledwie na kilka dni i kilka filmów, w 2009 roku – pamiętam przegląd pokręconych filmów kanadyjskiego reżysera Guya Maddina i to, że na seansie filmu Marty Meszaros siedziałem obok wybitnej, nieżyjącej już Agnes Vardy.

Przez wiele lat jeździłem na festiwal w ramach projektu dla nauczycieli i uczniów – Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej. Współpracowałem tu przy tworzeniu edukacji filmowej dla uczniów głównie jako prelegent ale także przy opracowaniu materiałów dla szkół w całej Polsce. Wierzyłem, że poprzez edukację można stworzyć świadomego i poszukującego widza w świecie zdominowanym przez kinową rozrywkę. I choć dziś wierzę w to coraz mniej, bo nawet te miejsca, które uznawałem za kinowe świątynie, komercjalizują się na moich oczach, to pasja, by dzielić się tym, co dla mnie w kinie najistotniejsze, pozostała i o tym będę chciał tutaj pisać.

Zapraszam zatem do śledzenia moich relacji z XXI-ego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty we Wrocławiu na portalu Miejska od piątku, 26-ego lipca. Mam nadzieję, że razem ze mną będziecie Państwo odkrywać nowe, ale także stare, zapomniane, horyzonty kina.

Sławomir Domański

Miejska TV