Weekend “Szatańskiego tanga”

Na festiwalu ”Nowe Horyzonty” we Wrocławiu mam czas tylko na filmy, często na filmy bardzo długie. Seanse trwające 5-6 godzin są moją specjalnością. O dziwo nie jestem tutaj osamotniony w takim podejściu. Jednym z filmów, które chciałem bardzo obejrzeć było ”Szatańskie tango” – niemal 7-godzinny fresk ”slow movie” węgierskiego reżysera Belli Tara. O dziwo sala wypełniona po brzegi, a ja musiałem dokupić sobie bilet, gdyż nie udało mi się zarezerwować pokazu – to była prawdziwa, utopiona w szarości uczta. Oto filmowe wrażenia po pierwszych dwóch dniach festiwalu.

Piątek
Opętanie“, 1981 r., reż. Andrzej Żulawski. Nowe Horyzonty są jedyną okazją, by nadrobić zaległości, a takim filmem jest “Opętanie” Żuławskiego – psychologiczny horror wywiedziony z romantycznej tradycji. Można odczytać ten film przez pryzmat rozpadu związku Żuławskiego z Małgorzatą Braunek. Siła kobiety to niszcząca siła demona. Naturalistyczna wizja w tym filmie to jazda na krawędzi szalonych kreacji aktorskich, głównie Isabelle Adjani, grającej kobietę-demona. Szalone kino, wielkie kino. którego dziś próżno szukać. 9/10

Monos – oddział małp“, 2019 r., reż. Alejandro Landes. Argentyńskie objawienie – składający się z nastolatków oddział partyzancki gdzieś w Ameryce Południowej ma pilnować amerykańskiej lekarki. Oniryczne obrazowanie, nieprecyzyjność czasu i przestrzeni, filmowana z rozmachem przyroda przenoszą tę historię w stronę surrealistycznej przypowieści na temat narodzin przemocy. Nieprzypadkowe stają się skojarzenia z “Jądrem ciemności” Conrada, “Czasem apokalipsy” czy “Władcą much”. 8/10

Tommaso“, 2019 r., reż. Abel Ferrara. Znany reżyser portretuje swoje rozterki i późnopopołudniowy kryzys u progu starości, szczególnie życie u boku młodej partnerki i późne ojcostwo. Ferrara szczerze, wręcz ekshibicjonistyczni, ukazuje swoje lęki. Jest to uderzające tym bardziej, że obok świetnego Willema Dafoe główne role grają jego partnerka i córka. To jest film o tym, że mija pewna epoka, że takich postaci jak Ferrara czy Dafoe, ale także Keitel, DeNiro, Hoffman już nie spotkamy – mija epoka “maczyzmu”. Świat coraz bardziej bezpłciowy, bez wyrazu. I chociaż Ferrarze brakuje mocy, powstrzymuje się niejednokrotnie przed powiedzeniem “za dużo”, to ja ten film rozumiem i szanuję. Miało być współczesne 8 i pół a wyszło 7/10.

Sobota
Antologia duchów miasta“, reż. Denis Cote. Nawiedzony dom, duchy na ulicach miasteczka – niby horror, ale bardziej niepozbawiona ironii refleksja nad sensem ludzkiego życia i przeżywaniem żałoby. Historia sfilmowana z użyciem różnych technik, obraz momentami rozpikselowany przypomina kamery gospodarcze bądź stare wideo. Kamera często porusza się za obiektami, czyniąc naturalistyczny efekt, który kontrastuje z fantastyką niemal romantyczną. A to tylko film o wymieraniu małych społeczności w scenerii zmrożonej kanadyjskiej prowincji. Najlepszy film Denisa Cote, jaki widziałem. 7/10

Młoda dziewczyna“. Szokujący debiut Catherine Breillat pozostaje dalej szokujący – pamiętnik z okresu dojrzewania nastolatki niweluje granice wstydu. Klimat drapieżnego soft porno z lat 70-tych robi swoje. Może nic więcej, ale wystarczy. 7/10

“Szatańskie tango”
Do kina wszedłem o 13:00, wyszedłem o 22:00. Niczego nie żałuję. Odwrotnie – pozostaję pełen zachwytu dla filmu, który widziałem już dwukrotnie, ale dopiero teraz mogłem podziwiać ten filmowy poemat smutku. W tonach szarości rozgrywa się ludzki dramat niespełnienia i pustki, a każdy kadr jest w filmie Belli Tara jak samoistne dzieło sztuki. Druga część jest jak trans, w którym czas przestaje się liczyć, a trzecia niesie to uczucie do samego końca. O książce, która jest wiernym odzwierciedleniem treści filmu, dawno temu pisałem tak:

Kim jest Doktor?

Tajemnicza postać alkoholo-diabolicznego Doktora, której brak przez większość powieści jest kluczowa. Nie będę rozwodził się nad strukturą powieści, by nie zdradzać ewentualnej rozkoszy rozkminiania autorskiego zamysłu, ale fakt jest taki, że Doktor pojawia się, znika i znowu się pojawia. Wszak jest to tango. Tango szatańskie.

 

Beznadzieja, która zieje z kart tej książki, jest jak czarna dziura. Wyje wichura, siąpi październikowy deszcz, zamieniający w breję wszystkie drogi, prowadzące do zagubionej wsi. Odcięci od świata ludzie przypominają raczej swoje cienie. W gorącej, zadymionej gospodzie spotykają się postaci, które wyglądają jakby były na siebie skazane.

Tak wyobrażam sobie piekło – ciasne i duszne pomieszczenie wypełnione ludźmi, których nie cierpiałem za życia. Przez wieczność. Kara za nienawiść.

Tak i ci bohaterowie, czy lepiej antybohaterowie “Szatańskiego tanga” są na siebie skazani. Wydaje się, że ta piekielna perspektywa beznadziei jest już na zawsze.

I wtedy powraca Irimias. Wszyscy myśleli, że umarł, ale chyba, na to wygląda, że, ni mniej ni więcej, tylko, a raczej aż zmartwychwstał. Był jednym z nich, więc jak to możliwe, że udało mu się uciec? Nikogo to specjalnie nie zdziwiło, że zginął. Byli świadkowie. Ale On, nie dość, że uciekł, to powraca i zapowiada przebaczenie win oraz nowy porządek – ład, sprawiedliwość i dostatek. Potrafi ożywić martwe serca mieszkańców tej miejscowości, którą znamy i tutaj. Ten krajobraz przypomina umierający popegeerowski pejzaż, znany nam choćby z filmu “Arizona” Ewy Borzęckiej. Takie samo wrażenie przychodzi z syberyjskich reportaży Jacka Hugo-Badera. I wtedy zaczynamy wierzyć, że świat z “Szatańskiego tanga” nie jest tylko kafkowską wizją, ale istnieje naprawdę.

Przestrzeń świata przedstawionego powieści to marionetkowy teatr, świat bezwolnych kukieł, wstawionych na scenę póki trwa ich czas, którego trzymają się ile sił, bo co im innego pozostało. Instynkt samozachowawczy to najsilniejszy impuls. Tylko on może uchronić przed autodestrukcją z otaczającej beznadziei rozkładu. Tylko instynkt samozachowawczy pozwoli przetrwać nadziei i sprawi, że Irimias przybędzie i ich zbawi. 10/10. Arcydzieło.

Sławomir Domański
Fot.: kadr z filmu ”Szatańskie tango”

Miejska TV