”Siedzący słoń”, czyli smutek Chin

W niedzielę i poniedziałek filmowe rozmaitości falowały od skrajnego smutku do nieskrępowanej radości, ale najważniejszym filmem był dla mnie czterogodzinny fresk o współczesnych Chinach, ”Siedzący słoń”. Ten surowy i poetycki jednocześnie zapis depresji był wyjątkową opowieścią o tym, jak trudno wytrzymać presję współczesnego świata. Szczerze polecam także wszystkim komediową podróż do lat 90-tych w ”Najlepszych latach” Jonaha Hilla, który pozwolił mi odreagować niedzielne doły. Taka jest tutaj huśtawka filmowa, rollercoaster emocji od skrajnej rozpaczy, żałoby po szalony niczym nieskrępowany ubaw.

Niedziela
Siedzący słoń“. Przepiękny, czterogodzinny film o chińskiej rzeczywistości, zanurzony w depresji i szarości. Gdybym chciał komuś opowiedzieć, czym jest depresja, to już nie muszę szukać przykładów – wystarczy obejrzeć ten film. Reżyser Hu Bo popełnił samobójstwo w wieku 24 lat i chyba opowiedział nam o tym, co czuł, jak wielki ból i jak wielkie piękno było jego codziennym doświadczeniem. 4,5 godziny takiego intensywnego przeżywania smutku bez kropli łzy dla nas może być terapią. Za aspekt psychologiczny i estetyczny 9/10.

Długa podróż dnia ku nocy“. Reż. Bi Gan. Dużo obiecywałem sobie po filmie Bi Gana prezentowanym w cyklu Mistrzowie – nazwa zobowiązuje – ale moje oczekiwania nie w pełni zostały zaspokojone. Piękne ujęcia, hipnotyczny klimat jak we “Wkraczając w pustkę” Gaspara Noe, ale nie czułem chemii z tym filmem. Trochę jak film noir, opowieść o gangsterach, trochę melodramat, a trochę nowohoryzontowy snuj z długą, oniryczną sekwencją 3D. Wszystkiego po trochu, ale nic do końca. I to poczucie niespełnienia dużych oczekiwań. 7/10

Dzięki Bogu“. Reż. Francis Ozon. Strywializowany temat pedofilii w Kościele. Grupa ofiar spotyka się w walce ze zmorami przeszłości i hierarchią kościelną, zamieniając tę walkę w jedną wielką medialną imprezę. Najlepsze są sceny nabożeństw, ukazujące potęgę Kościoła i dla nich warto, ale całość to smutna ironia porażki. 3/10

 

Naga armia cesarza“. Reż. Kazuo Hara. Japoński dokument z 1987 o brutalności, graniczącej z terrorem, w poszukiwaniu straszliwej prawdy o wojnie. Ale najciekawszy jest bohater, Kenzo Okuzaki, który zabiera ekipę filmową, by pokazać, jak bezkompromisowo dociera do prawdy o pewnej egzekucji, która miała miejsce na Nowej Gwinej w czasie II wojny światowej. Z rozmów, które przeprowadza z tymi, którzy przeżyli, wyłania się obraz straszliwych wojennych wspomnień weteranów, zmuszanych do nieludzkich zachowań. Z drugiej strony poraża bezkompromisowość głównego bohatera, który dąży do ujawnienia prawdy za wszelką cenę, nawet cenę przemocy, i zmienia się na naszych oczach w niebezpiecznego szaleńca, wręcz terrorystę. Warto sięgnąć po ten film, który znajdziecie na YouTube z angielskimi napisami. Bardzo warto. 8/10

Poniedziałek
Nasz czas“. Reż. Carlos Reygadas. Osobiste kino Reygadasa to w tym przypadku rodzaj pamiętnika. W filmie główne role zagrały autentyczne postaci – reżyser, jego bliscy i przyjaciele. W przepięknie sfilmowanej scenerii meksykańskiego rancza rozgrywa się dramat rozpadającej się rodziny. W przeciwieństwie do “Siedzącego słonia” depresja bohaterów rodzi się w pięknym krajobrazie i dostatnim życiu. Raygadas tworzy, mimo poetyckich ujęć, bardzo realistyczny, w przeciwieństwie do jego wcześniejszych filmów, obraz relacji międzyludzkich. Ważną, w zasadzie symboliczną rolę odgrywa z pasją sfilmowana natura, która staje się jednym z bohaterów dramatu. Bardzo lubię takie osobiste, niezakłamane kino, ale nie zawsze efekt jest tak przejmujący. Przykładem takiej pułapki był przecież film Abla Ferrary “Tommaso”, gdzie nie wszystko się udało. 8/10

Owoce namiętności“. Reż. Shujio Terayama. Słynna historia O opowiedziana przez japońskiego reformatora teatru. Diaboliczny Stephane (w tej roli Klaus Kinsky u szczytu swej popularności) oddaje młodziutką O do chińskiego burdelu u progu rewolucji Mao, by poddać próbie ich uczucie. To ciekawa rzecz, że na tym najbardziej równościowym i tolerancyjnym festiwalu można zobaczyć kino tak seksistowskie i mizoginiczne. Ale na tym właśnie polega tolerancja, by nie wypierać tego, co jest częścią naszej tradycji. Jest to świat, którego pewnie dobrze, że już nie ma, ale niektóre baśniowe sceny wywołują niezatarte wrażenie. Mokre sny w samo południe, czyli 6/10.

Najlepsze lata”. Reż. Jonah Hill. Przyjemne sentymenty lat 90-tych, czyli dzieciak kontra świat w epoce deskorolek, bitów, subkultury hip-hop. O dojrzewaniu na wesoło. Było, ale działa. Tyle. A Jonaha Hilla jako komika znacie choćby z ”Rekinów wojny”, ja uwielbiam ”Dzikie łowy”. 7/10

Dzieci umarłych”. Reż. Pavel Liska, Kelly Cooper. Jeśli filmy festiwalu ”Nowe Horyzonty” mogą zaskoczyć, bo zawsze jest to kino bardzo specyficzne, to “Dzieci umarłych”są autentycznie dziwne. Nakręcony “szesnastką” film o zombie to jednocześnie szalona zabawa, nawiązująca do horrorów klasy F, tak nieudolna, że aż śmieszna, ale w tym całym zombie-cyrku chodzi jednak o pokazanie i obśmianie stereotypów. Twórcy walą z grubej rury rubasznych żartów, zestawiając Hitlera, zakorzeniony w tradycji faszyzm, holokaust i islamskich uchodźców. Tyle że nie wiadomo, jaka jest wymowa tego filmu. O to już nie zadbali i chwała im za to. 8/10

Sławomir Domański
Fot.: kadr z filmu ”Siedzący słoń” / IMDB

Miejska TV