Z Markiem Siudymem o ”Sercu do Walki” i nie tylko

Marek Siudym to aktor, którego przedstawiać nie trzeba. Okazja do wywiadu nadarzyła się znakomita, gdyż częstochowianie Łukasz Wabnic i Patrycja Potyralska zagrali u Jego boku w filmie ”Serce do Walki”. Zapraszamy do rozmowy Sebastiana Zielonki z Markiem SIudymem o najnowszej produkcji Kacpra Anuszewskiego, sportach walki i jeździectwie – wielkiej pasji Pana Marka. 

Sebastian Zielonka: Od 13 grudnia w kinach będzie można zobaczyć film ”Serce do walki”, w którym zagrał Pan jedną z głównych ról. Jak wspomina Pan zdjęcia do tej produkcji i czy rola trenera kickboxingu była wymagająca?

Marek Siudym: Wymagająca moim zdaniem jak każda, dlatego że dosyć uczciwie podchodzę do tej roboty, więc ma być po prostu ciekawie i dobrze. Od strony fizycznej nie była dla mnie trudna. Jestem cały czas w treningu jeździeckim, sprawności ogólnej i trenowaniu w ogóle, także nie czuję różnicy między mną dziś a mną sprzed trzydziestu lat.

Czyli jednak warto trochę tego sportu zażywać w swoim życiu.

W ogóle nie wyobrażam sobie, żeby tego nie robić. Właściwie kluczem do takiego fajnego korzystania z życia jest ruch, dopóki ten cały nasz mechanizm jest sprawny. Uważam po prostu, że nigdy nie wolno niczego robić lekko, trzeba dochodzić do maksymalnych obrotów. Nie ma progresu w sporcie, jeżeli nie ma tętna 200.

Wracając do filmu, dlaczego warto według Pana zobaczyć ten film, dlaczego poleciłby Pan go widzom?

Dlatego że to nie jest tylko film o kickboxingu, to jest pewnego rodzaju moralitet, to jest opowieść o ludziach, o ich postawach, o przezwyciężaniu pewnych rzeczy, o moralności w sporcie, moralności w ogóle, o zbrodni i karze, że tak powiem. To jest film wielowymiarowy. Nie ma tam takich rzeczy zupełnie prostych, są pewne rzeczy, nad którymi się trzeba zastanowić, może nie do końca są powiedziane, ale nic nie jest do końca określone. Dlatego uważam, że może coś w ludziach zostanie po tym filmie.

Co do samego kickboxingu czy taka produkcja może się przyczynić do popularyzacji tej dyscypliny? Jak dobrze wiemy, kinematografia miała ogromny wpływ na wypromowanie się boksu, czy karate.

Moim zdaniem tak. To, co zrobił Bruce Lee na całym świecie dla sportów walki, jest nieocenione. Jestem zdania, że wszelkie formy walki, które są bardzo określone, które są w pewnych ramach, są lepsze, ciekawsze, wymagają pewnego kodeksu, dlatego mnie nie kręci na przykład MMA
gdzie są te różne formy walki. Jakoś tak nie bardzo mnie kręci, jak się długo leżąc na ziemi, okłada dwóch facetów. Wychowywany bylem w kulturze takiej, że nie bije się leżącego na ziemi. Kickboxing jest sztuką w moim pojęciu klarowniejszą, szlachetniejszą w tym wszystkim, są zasady. Tam niby też nie wolno tego czy tamtego, ale za dużo wolno.

Mam bardzo podobne zdanie. Wolę zdecydowanie boks lub kickboxing.

Lubię też klasyczne zapasy czy zapasy w stylu wolnym, ale to jest jakiś kodeks, czy w sumo, czy w bushido, które też jest ciekawe. Jest tego od cholery i to lubię, lubię walkę w ogóle, ale lubię walkę skodyfikowaną jakoś.

Główną rolę w tym filmie zagrał częstochowianin Łukasz Wabnic, który na co dzień nie jest aktorem. Jak poradził sobie na planie filmowym jako naturszczyk?

W moim pojęciu poradził sobie bardzo dobrze, zwłaszcza że z założenia chcieliśmy, by tak to wyglądało. To pomysł Kacpra Anuszewskiego, w moim pojęciu bardzo dobry pomysł, dlatego że łatwiej jest rzeczy niezbyt wymagających w sensie aktorskim, nauczyć kogoś, kto nie jest aktorem, niż aktora nauczyć w parę miesięcy prawdziwej walki i prawdziwego sportu. Nawet ten, który za sobą coś takiego miał, liznął tego sportu za przeproszeniem, zawsze będzie to aktor, który gra zawodnika. Tutaj te walki będą naprawdę warte uwagi. Jest Łukasz, jest Juras, czyli Jerzy Wroński, bierze w tym udział jeszcze jeden zawodnik z Portugalii, także tu walczą zawodowcy i tu będzie na co popatrzeć.

Czy Łukasz Wabnic według Pana ma potencjał na to by ”Serce do walki” nie było jego ostatnim filmem, w jakim wystąpił?

Nie wiem, czy on będzie się tym tak bardzo interesował, żeby być aktorem, bo on ma bardzo fajny plan na życie, on kończy prawo, chyba będzie pisał doktorat, założył klub, świetny klub w Częstochowie (Quick Shot Kickboxing przyp. red.), gdzie mają jakieś ujście temperament i szajba młodych ludzi, że nie będą się bili na ulicach, nie będą tłukli domowników, tylko wchodzą w sport, prawdziwy sport, gdzie ich to ukształtuje. On zrobił bardzo dobrą, fajną rzecz zakładając tę szkołę. To szkoła kickboxingu i naprawdę on jest autorytetem. Poza tym, widzę jak jest temu oddany. Sądzę, że gdyby on chciał w czymś jeszcze zagrać, to da sobie radę spokojnie.

”Serce to walki” to również debiut Kacpra Anuszewskiego jako reżysera filmu pełnometrażowego. Jak Pan jako doświadczony aktor, ocenia jego pracę w tym projekcie?

Pod każdym względem profesjonalnie i dobrze. To jest facet z wizją, pomysłami, z taką wyrafinowaną estetyką, a czy film ma 20 minut, czy jest pełnometrażowy? Nie ma tutaj różnicy. Jeżeli tylko jest skonstruowana dobrze opowieść, to nie sądzę, żeby to był dla niego jakiś problem – resztą nic takiego nie odczułem.

Wiem, że nie samym aktorstwem Pan żyje. Pasjonuje się Pan jeździectwem, o którym zdążył już tutaj krótko powiedzieć. Był pan zawodnikiem klubu Lotnik, Legia Warszawa. Jak to się stało, że te konie i owe jeździectwo stały się Pana pasją?

To trzeba sięgać tak naprawdę do wakacji w dzieciństwie i tak dalej, ale później tak już całkowicie mocno mnie zaczarowały wyścigi, jak przyjechałem do Warszawy i zobaczyłem je, mając lat 21, czyli stosunkowo późno, aczkolwiek miałem jakieś pojęcie, podstawy, bo byłem dosyć człowiekiem takim zbornym ruchowo i łatwo mi przychodziły pewne rzeczy. Ja po prostu zrobiłem numer szalony. Powiedziałem, że chcę jeździć konno na porannej robocie, nie mając jeszcze o wyścigowej jeździe pojęcia. Poprzychodziłem, poprzyglądałem się, wszedłem w to i zostałem zaakceptowany.

Odważnie!

Tak. Przez rok chodziłem, a to są dwulatki, to jest jak motocykl żużlowy, tam nie ma hamulca.

Co Pana tak pasjonuje w koniach i samym jeździectwie?

Właściwie wszystko. To jest kontakt i relacja między koniem i człowiekiem, zwierze-człowiek, tak relacja z psem, czy kotem. W ogóle ta relacja jest dla mnie fascynująca i niezwykła. Możliwość porozumienia się, zaufania, nieprawdopodobnego zaufania, gdy jeździ się na tym koniu.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, że cywilizację ruszył do przodu koń, bo to było zwycięstwo nad czasem, sprawa przemieszczania się, podbojów, migracji…

Bodaj przekazywania sobie wiadomości również.

Tak, wiadomości, ale też mieszanie genów, najazdy Hunów, Tatarów, Mongołów – to wszystko jest w moim pojęciu ze zdrowiem dla ludzkości jako takiej.

Czy człowiek, który wystąpił w tak wielu produkcjach, w tak wielu filmach, ma jeszcze jakieś filmowe marzenie?

Zawsze jest, zawsze jest coś takiego, żeby zrobić jakąś piękną niezwykłą rzecz. Marzy mi się produkcja kostiumowa, jakiś piękny film, który byłby głęboki nie był jakiś papierowy i tak dalej,
gdzie zagrałyby te konie, ponieważ dosyć mało w filmach bylem wykorzystywany jako jeździec.

Czyli jednak to wiązałoby się z Pana oboma pasjami.

Tak oczywiście, w ogolę nie mam jakiegoś, takiego marzenia konkretnego, jeżeli chodzi o film czy teatr. Mam szczęście do tego że spotkałem na swojej drodze zawodowej świetnych reżyserów, nauczycieli, wykładowców, świetnych kolegów aktorów, od których się uczyłem. Mnie by wystarczyło, żeby to była po prostu piękna przygoda i coś, w czym z przyjemnością bym pracował. Także jakiś wymarzonych Hamletów nie mam.

Ciekaw jestem, z jakiej z dotychczasowych ról, jest Pan najbardziej dumny?

Bogiem a prawdą ”dumny” to jest dla mnie dużo za duże słowo, żebym powiedział, że z jakiejś roli jestem ”dumny”. Uważam, że w jakimś momencie coś zrobiłem całkiem przyzwoicie, ale nigdy nie mam takiego spokoju i uczucia, że zrobiłem wszystko. Nawet nie dlatego, że ja coś olałem czy coś takiego, tylko że warunki, w jakich my pracujemy w naszym systemie, gdzie się trzyma pięć srok za ogon, gdzie nie można poświęcić się jednemu filmowi, może niektórzy tak mieli, na pewno mieli, ja nie miałem tak nigdy, zawsze byłem i w teatrze i tu i tam i gdzieś się tam na chwile wypadało do tego filmu – to nie ma możliwości, żeby zrobić coś tak na 100 procent,
tak absolutnie, pięknie i fajnie. Takiego poczucia nie mam w ogóle. Zbliżam się, momentami się zbliżam do takiego czegoś. Do wszystkiego podchodzę bardzo uczciwie, no, ale jeżeli się ma w tym dniu zdjęciowym 4 godziny na coś, a nie cały dzień, żeby nad tym popracować, pomyśleć, zrobić coś, obejrzeć różne warianty, żeby się temu całkowicie poświęcić nie mając nic innego na głowie, to tego żaden aktor u nas nie ma. No, chyba że są to ludzie, którzy się dawno temu zdeklarowali na pracę tego typu i mają na tyle dobrą swoją pozycję, że mogą coś takiego wymagać i wymóc i się skupić pięknie na jakiejś roli, a nie lecieć z wywieszonym ozorem, żeby zdążyć na przedstawienie.

Może poczucie niedosytu jest potrzebne w takiej pracy, po to, żeby jednak ciągle gdzieś dążyć do jakiegoś ideału i by jeszcze lepiej i mocniej pracować?

Poczucie niedosytu, gdyby ono dotyczyło tego, że chciałbym coś jeszcze zrobić, jest zdrowe, natomiast uczucie niedosytu, że czegoś nie mogłem zrobić, bo warunki mi nie pozwoliły, jest wkur……e.

Miejska TV